Odżywiaj zamiast karmić

Żeby żyć trzeba jeść. Tego stwierdzenia bezwzględnie nie da się zaprzeczyć, choć czytałam kiedyś historię hinduskiego fakira, który odżywia się jedynie powietrzem i energią słoneczną. Ale pomijając jego przypadek, w który możecie wierzyć lub nie…my musimy jeść. My zwykli śmiertelnicy, nie wchodzący na wyższe stany wtajemniczenia duchowego. Potrzebujemy pożywienia by zaspokoić głód.

Żywienie i karmienie dzieci to temat, który spędza sen z powiek większości rodziców. To często temat „być albo nie być” dla rodziców. Czy moje dziecko dziś ładnie zjadło? A co było na obiad? A zjadł mięso? A to dziwne, w domu zawsze zjada serek, Ooo nie zjadł? To nie będzie deseru! itd. Sama zadawałam przez pewien czas podobne pytania Paniom w przedszkolu moich córek, teraz znów sama je słyszę od innych rodziców każdego dnia. Dlaczego tak bardzo temat żywienia jest dla nas rodziców ważny, a nawet wydawać by się mogło najważniejszy?

Zaczęłam się nad tym ostatnio bardzo poważnie zastanawiać, a skłoniły mnie do tych rozmyślań dwa wydarzenia. Pierwsze z nich sprawiło iż zaczęłam coraz bardziej wchodzić w świat rodziców, którzy rozszerzają dietę swoich dzieci metodą BLW, którą znałam jedynie z teorii. Prawda jest taka, że dawałam wiele posiłków dziewczynom jak były jeszcze bobasami( jaaacie ale to było dawno temu) do ręki, pozwalałam dotykać, zgniatać, bałaganić i wybierać to co im naprawdę smakuje, ale towarzyszyło temu zawsze karmienie łyżeczką czy widelcem, a synonimem zjedzonego posiłku była raczej pusta miseczka. Jeszcze 5-6 lat temu nie było we mnie aż tak wielkiej świadomości i wiedzy, jaką posiadam dziś na temat samego BLW. A to wszystko dzięki warsztatom, które zorganizowała w moim przedszkolu Ania z bloga Ala’Antkowe BLW. Mimo iż nie byłam w kręgu zainteresowań tym tematem, a na warsztaty przybyli rodzice, którzy właśnie zamierzają rozszerzać lub już zaczęli dietę swoich dzieci, to wiele wyniosłam z tych warsztatów. Do dziś dźwięczy mi uszach zdanie, które wypowiedziała Ania, że musimy pamiętać o tym by ” odżywiać nasze dzieci, a nie karmić„. To zdanie wiele wniosło nie tylko do mojego domu, ale również do mojej pracy. Wiem, że nie mogę zmuszać ( tutaj mam namyśli również zagadywanie, oszukiwanie, szantażowanie i nagradzanie za zjedzony posiłek- bo wszystko to jest manipulacją)  dzieci do jedzenia i dawać im „śmieci” tylko po to by wypełniły swoje brzuchy czymkolwiek. Bo nie powinno być ważne ile jedzą, a raczej to co jedzą i czy jedzą to świadomie.

DSC00020-001 DSC00013-001 DSC00040-001 DSC00049-001 DSC00047-001

Drugie wydarzenie zupełnie otworzyło mi oczy na kwestię zaufania dzieciom w sprawach żywienia. Brzmi nierealnie? A jednak po spotkaniu z Carlosem Gonzalezem, podczas III Konferencji Bliskości w Warszawie nie mam już żadnych wątpliwości, że należy w 100% zaufać dzieciom w kwestii tego ile chcą jeść, co chcą jeść i kiedy. I wierzcie mi, że wcale nasze dzieci nie będę sięgały tylko po słodycze. Jeśli od początku będziemy siadać wspólnie przy stole na którym będą warzywa, to prędzej czy później nasze nasze dzieci sięgną po nie i zjedzą je z nami. Wracając do samego wystąpienia hiszpańskiego pediatry, autora książki „Moje dziecko nie chce jeść’” wydanej w Polsce przez Wydawnictwo Mamania, to było ono bardzo inspirujące. Carlos Gonzalez zwrócił uwagę na kilka mitów dotyczących żywienia dzieci, które wciąż krążą wśród rodziców i sprawiają, że dieta dzieci staje się problemem ( bo za mało, bo za dużo, bo odmawia, bo płacze…)

Czy odważylibyście się kiedykolwiek na stwierdzenie, że po 6 miesiącach życia dziecko głupieje? A jednak okazuje się, że mimo iż tak nie myślimy, to tak właśnie się zachowujemy rozszerzając dietę naszych dzieci. Zaczynamy czytać książki, zaglądać w tabelki i liczyć ilość jedzenia, które nasze dziecko zjada. Więc jak to jest, że 6 miesięcy nasze dziecko je na żądanie, ile chce, kiedy chce a potem nagle zaczynamy wkraczać w jego kompetencje i nie patrzymy na jego komunikaty. Wierzymy tabelkom…Carlos Gonzalez pokusił się nawet na stwierdzenie, że tego ile dzieci potrzebują jedzenia nie wiedzą nawet lekarze, a co więcej naukowcy w różnych krajach nie są w stanie ustalić tych samych ilości, których dziecko potrzebuje by zdrowo się rozwijać. To wszystko to tylko statystyczne tabelki, a przecież nasze dziecko jest jedyne i wyjątkowe. I tą świadomość należy w sobie rozwijać…a przykładem tego, że idzie ku lepszemu może być to, że od zeszłego roku pediatrzy opierają się już na nowym schemacie żywienia niemowląt, w którym widnieje ważny przekaz : to dziecko decyduje, ile zje.

„Ustalanie, ile dziecko ma jeść, jest równie absurdalne, jak wyznaczanie mu, ile razy ma oddychać”… to również słowa Carlosa Gonzaleza i ja się pod nimi podpisuję a jednoczenie wiem, że nie mogę oceniać rodziców, dla których codzienna sprawa czy dziecko zjadło obiad jest jak „być albo nie być” dla dobrej relacji z dzieckiem na resztę dnia.

Więc nie oceniam, staram się uświadamiać. A dzieciom pozwalam decydować, zapraszając ich do wspólnego posiłku daje im swobodę wyboru tego co zjedzą i ile zjedzą. Nie jestem terrorystą żywieniowym choć bywa, że mam wielkie oczekiwania, które są składową moich preferencji, czasu spędzonego w kuchni oraz pewnych wyobrażeń, z którymi sama muszę jakoś sobie poradzić jeśli zmienią się w kulinarną porażkę. Dobrze w takich chwilach uświadomić sobie, że dziecko jest odrębną jednostką i ma swoje własne upodobania.

Dla ciekawych lub zmartwionych rodziców, polecam lektury, które sprawią iż nie będzie już więcej w waszej rodzinie niejadków lub jedzących za dużo. Spojrzycie na tę sprawę bardziej indywidualnie, odzyskacie równowagę nie tylko na talerzu ale i na duchu.

1. Bobas lubi wybór, Gill Rapley, Tracey Murkett             2. Moje dziecko nie chce jeść, Carlos Gonzalez

1

3. Uśmiechnij się! Siadamy do stołu, Jesper Juul         4. Alaantkowe BLW. Od niemowlaka do starszaka,                                                                                                  Joanna Anger, Anna Piszczek

2

Asia Opublikowane przez:

  • Aga

    Intuicyjnie (zerkając na tabelki i kalendarz oczywiście) rozszerzałam diety moich dzieci…potem było BLW- i moje przekonanie, że nic innego nie robię tylko sprzątam podłogę i fotelik…ale opłaciło się! Dzieciaki szybko zaczęły jeść same :) Polecam też doidy cup! – dzięki niemu uniknęliśmy niekapków.
    Czekam tylko na to jedzenie warzyw :) Oboje z Marcinem jemy i lubimy warzywa…jednak dzieci ciężko do nich przekonać…mam nadzieję że kiedyś (niedługo) same po nie sięgną ….

    • http://www.mama-granda.blogspot.com Angelika Wilhelmi

      U nas np. doidy cup w ogóle się nie sprawdziło :) Lea szybciej załapała prawidłowe picie z normalnego kubka niż z Doidy, i tez uniknęłyśmy niekapków 😉

      • Aga

        Super! Każdy sposób dobry :) pozdrawiam!!!

        • http://www.mama-granda.blogspot.com Angelika Wilhelmi

          Prawda, prawda :)

    • http://mamaizonabyc.pl Joanna G.

      Jestem pewna, że doczekacie się tej chwili :) u nas Doidy Cup bardzo się sprawdził bo Zofia w ogóle nie piła z butelki, nie lubiła pić mleka więc po 9msc kiedy skończyłam karmienie piersią piła już tylko z doidy i bidonu ze słomką.

    • http://about.me/lavinka lavinka

      Moje dziecko szybciej nauczyło się pić z normalnego kubka, niż z niekapka. 😉

  • http://about.me/lavinka lavinka

    Dla mnie idea BLW była oczywistością (warto nadmienić, że pomysłodawcy nie hejterzą papek, pozwalają w ten sposób karmić dzieci, ale nie na zasadzie wpychania łyżki do ust, ale podawania dziecku łyżki z pokarmem, które może samodzielnie zjeść lub nie, jeśli nie ma ochoty). Kiedyś to było normalne, że dzieci jadły to samo co rodzice, często nawet od 3-4 miesiąca życia (wcale nie od momentu siadania) i nikomu nie przyszłoby do głowy im specjalnie gotować inne rzeczy. Moje dziecię zawsze dostaje jedzenie wtedy kiedy chce i tyle ile chce. Czasami się śmieję, że je jeden posiłek dziennie, zaczyna rano a kończy wieczorem, bo jest z gatunku turkuciów podjadków, czyli tu ugryzie, tam wypije łyka, tam skubnie. Bywają dni, kiedy prawie nic nie je (najczęściej latem, gdy w ciągu dnia potrafi wypić pół szklanki mleka, zjeść kilka kęsów pomidora czy ogórka i to wszystko). Mimo wszystko uważam ją za żarłoka i ze zdumieniem odkrywam w internecie mamy wyliczające długie listy zjedzonych produktów przez ich dzieci (porównywalne z tym, co zjada moje dziecko) twierdzące, że ich dzieci są niejadkami i za mało ważą (ich dzieci ważą podobnie jak moje dziecko, a bywa że są cięższe, rejon 75-90c, czyli górna połowa normy). To chyba wynika z tezy o pięciu posiłkach dziennie i tym co dietetycy zalecają dzieciom.No i braku wiedzy w temacie co to są siatki centylowe i do czego służą. Kiedyś dla śmiechu zaczęłam czytać zalecenia dietetyków i mi wyszło, że ja – dorosła, nie jem tyle, ile zaleca się jeść trzylatkom. Poszaleli. Nie dziwota, że potem rodzice wariują.

    Natomiast co do kręgów BLW, na żadnej grupie nie wytrzymałam dłużej niż kilka tygodni. Tylu flejmów, takiego hejtu, takiej zerowej wiedzy na temat odżywiania nie widziałam nigdzie indziej. Szczerze odradzam polską społeczność zorganizowaną BLW (np. polecanie kaszy jaglanej jako panaceum na całe zło i zabranianie dawania dzieciom nabiału), za to czytanie książek jak najbardziej, na szczęście pisali je rozsądni ludzie. 😉